Back to all Post

Pożegnać zimę, przywitać wiosnę.

Wiosenne kwiaty w blasku słońca

Pożegnać zimę, przywitać wiosnę. O Marzannie i sensie sezonowych tradycji

Wiosenne promienie słońca, śmiech dzieci i pierwszy cieplejszy powiew wiatru na twarzy przywołują moment, w którym naprawdę czuć, że kończy się pewien etap, a zaczyna następny. Właśnie w takich chwilach ludzie od wieków tworzyli tradycje, aby oswoić zmianę i nadać jej sens. Przejście z zimy do wiosny było jednym z najmocniej odczuwanych momentów w całym rocznym cyklu, dlatego tak często łączyło się z rytuałami, symbolami i wspólnym przeżywaniem początku nowej pory roku. Dziś patrzymy na te zwyczaje nie tylko jak na barwny ślad przeszłości, lecz także jak na część dziedzictwa kulturowego – żywego, obecnego w codzienności i nadal pomagającego budować więź z miejscem, wspólnotą i naturą. Jak wskazuje raport Narodowego Instytutu Dziedzictwa, 86% respondentów uznało dziedzictwo kulturowe za ważne dla siebie osobiście, a 85,3% – za ważne dla Polski jako społeczeństwa. Skoro więc sezonowe obrzędy wciąż tak wiele dla nas znaczą, warto przyjrzeć się bliżej temu, skąd wzięła się potrzeba wspólnego żegnania zimy i witania wiosny.

Wiosna jako moment przejścia – źródła dawnych zwyczajów

Z perspektywy dawnych społeczności zima nie kojarzyła się z wypoczynkiem na nartach czy wędrówkami po zaśnieżonych górach, lecz oznaczała bardzo konkretne zagrożenia. Brak pożywienia, przenikliwy chłód oraz choroby sprawiały, że nadejście cieplejszych dni traktowano jak ulgę i zapowiedź odrodzenia. Życie wiejskich wspólnot toczyło się w rytmie natury, a ich przetrwanie zależało od pory zasiewów, pogody i przyszłych zbiorów. Właśnie dlatego obrzędy wiosenne miały wymiar magiczny – ich zadaniem było obudzić ziemię po zimowym uśpieniu i zapewnić dobre plony, od których zależał los rodzin i gospodarstw.

Nie chodziło jednak wyłącznie o urodzaj. Rytuały te pełniły także funkcję psychologiczną, ponieważ pozwalały symbolicznie odsunąć od siebie pamięć o zimowych trudach. Ludzie potrzebowali zostawić za sobą to, co stare i naznaczone niebezpieczeństwem, aby zrobić miejsce temu, co nowe. Taki wspólny gest przejścia pomagał wejść w kolejny etap roku z nadzieją i poczuciem, że po czasie niedostatku znów nadchodzi pora życia. Wspólne przeżywanie obrzędu wzmacniało też poczucie sprawczości, dając wrażenie, że poprzez odpowiednie zachowania można choć trochę wpłynąć na siły przyrody.

Marzanna i symboliczne wygnanie zimy

Marzanna w tradycji słowiańskiej była postacią łączoną z zimą, śmiercią i chorobą. Jej słomiany wizerunek nie był więc zwykłą kukłą, lecz symbolem wszystkiego, co po długich zimowych miesiącach budziło lęk, zmęczenie i poczucie zagrożenia. Przygotowanie takiej figury pozwalało nadać widzialną formę temu, co trudne i niepokojące, a sam obrzęd stawał się sposobem wspólnego pożegnania zimowych doświadczeń.

Topienie lub palenie Marzanny nie było jedynie widowiskowym gestem, ale symbolicznym wygnaniem zła z najbliższego otoczenia. Kukłę wyprowadzano poza granice osady, jakby wynoszono razem z nią to, co martwe, chłodne i niechciane. W ten sposób kończył się pewien etap, a wspólnota mogła otworzyć się na nadejście wiosny. Samemu obrzędowi towarzyszyły także dawne zakazy i przesądy, które podkreślały jego powagę i symboliczne znaczenie.

Śmiertka, Morena i Marzaniok… Jak tradycja zmieniała się w zależności od regionu?

Choć sens tego zwyczaju w różnych częściach Polski pozostawał podobny, sam obrzęd przybierał rozmaite formy. Różnice widać było już w nazewnictwie, ponieważ postać symbolizującą zimę określano inaczej w zależności od regionu. Choć w powszechnej świadomości dominuje Marzanna, w tradycji spotyka się także nazwy Morena, Mora czy Śmiertka. Różnił się też wygląd kukły, która rzadko przypominała dzisiejszą prostą figurę na kiju. Dawniej, zwłaszcza w regionach zachodnich i południowych, ubierano ją w strój odświętny, a czasem nawet w białą koszulę, korale i wianek, przez co mogła przypominać druhnę. Ciekawym regionalnym wariantem był również Marzaniok – męska kukła przygotowywana na Górnym Śląsku, niekiedy żegnana razem z Marzanną.

Sposób pożegnania symbolu zimy zależał przede wszystkim od krajobrazu i dostępu do wody. Jeśli w okolicy płynęła rzeka albo potok, kukłę wynoszono nad wodę i wrzucano do nurtu, a wczesnowiosenna droga nad brzeg często prowadziła przez grząskie, pośniegowe błoto. Dziś na taką wyprawę wiele osób założyłoby po prostu kalosze damskie lub męskie trapery, dawniej jednak łatwo było przemoczyć lub zniszczyć jedyną parę butów. W miejscach, gdzie trudno było dotrzeć do rzeki, Marzannę palono, a niekiedy łączono oba sposoby: najpierw kukłę podpalano, a potem wrzucano ją do wody.

Choć z dzisiejszej perspektywy zwyczaj ten może wydawać się barwny i lekki, etnografowie podkreślają, że przez długi czas podchodzono do niego z dużą powagą. Gdy Marzanna znalazła się już w nurcie, nie wolno było jej dotykać – wierzono, że grozi to chorobą, a nawet uschnięciem ręki. Równie ważny był powrót bez oglądania się za siebie, ponieważ ostatnie spojrzenie na odchodzącą Śmierć mogło sprowadzić nieszczęście. Takie reguły nadawały rytuałowi wyraźny sens i pomagały symbolicznie domknąć czas zimy oraz przygotować wspólnotę na nadejście wiosny.

Po zimie przychodzi zieleń – gaik jako znak wiosny

Dawny obrzęd nie polegał jedynie na pożegnaniu zimy. Po wyniesieniu Marzanny ze wsi wnoszono gaik, czyli przystrojoną, zieloną gałąź lub małe drzewko, zwane też goikiem, maikiem lub nowym latkiem. Był on wyraźnym znakiem odradzającej się przyrody i nowego początku. Rytuał składał się więc z dwóch uzupełniających się części: najpierw żegnano to, co martwe i niebezpieczne, potem zapraszano do wspólnoty wszystko, co żywe, zielone i niosące nadzieję.

W wielu regionach gaik obnoszono po domach ze śpiewem, wierząc, że przyniesie domownikom pomyślność. Zwyczaj ten nie zawsze był związany z jednym konkretnym dniem i bywał łączony także z późniejszym okresem wielkanocnym. Wiosenne celebracje tworzyły więc cały sezonowy cykl, a nie pojedyncze wydarzenie. Marzanna mówiła o końcu, zaś gaik zapowiadał początek. Dopiero razem tworzyły pełną opowieść o przejściu z zimy do wiosny.

Polska i świat – podobna potrzeba, inne symbole

Nie tylko w Polsce początek wiosny obrósł w rytuały. W wielu kulturach powrót cieplejszych dni budzi podobne emocje: ulgę, radość i potrzebę zaznaczenia, że przyroda znów budzi się do życia. W Stanach Zjednoczonych i Kanadzie popularnością cieszy się Dzień Świstaka, obchodzony 2 lutego. Wypatrywanie cienia zwierzęcia jest echem dawnych europejskich wierzeń pogodowych, które imigranci zabrali ze sobą za ocean, próbując przewidzieć, jak długo potrwa zima.

Zupełnie inny charakter ma Nowruz, czyli perski Nowy Rok obchodzony w czasie równonocy wiosennej. To czas wielkich porządków, nazywanych obrazowo „trzęsieniem domu”, a także spotkań z bliskimi i wspólnego świętowania odnowy. W Japonii podobną potrzebę przeżywania początku wiosny wyraża hanami, czyli tradycja podziwiania kwitnących wiśni. Choć kojarzy się przede wszystkim z pięknem sakury, niesie także refleksję nad ulotnością chwili i przypomina, że to, co najpiękniejsze, bywa zarazem najkrótsze.

Dlaczego obrzędy nadal są dla nas ważne?

Mimo ogromu zmian, jakie zachodzą wokół nas, ludzka psychika wciąż potrzebuje stałych punktów odniesienia. Tradycje pomagają uporządkować codzienność i sprawiają, że kolejne dni nie zlewają się w jeden nieprzerwany ciąg zdarzeń. Dzięki nim łatwiej oswoić upływ czasu i odnaleźć się w zmianie. Powracające momenty w roku pozwalają też wyraźniej zaznaczyć, że coś dobiega końca, a coś nowego właśnie się zaczyna. Tę potrzebę widać chociażby w obyczajach towarzyszących ważnym momentom życia – w szkolnym polonezie, weselnych rytuałach i innych gestach, które pomagają mocniej przeżyć daną chwilę.

Kultywowanie dawnych obyczajów buduje poczucie przynależności do wspólnoty, a szczególnie mocno można to odczuć po wyjeździe z rodzinnych stron albo z kraju. Często dopiero z dystansu wyraźniej widać, jak wiele znaczą znajome zwyczaje, smaki i rytm wspólnego świętowania. Nawet osoby, które na co dzień z rezerwą podchodzą do regionalnych potraw czy świątecznego zamieszania, po pewnym czasie zaczynają tęsknić za tym, co swojskie i oswojone. Obrzędy pomagają więc zachować poczucie bycia u siebie i podtrzymać więź z dobrze znanym porządkiem codzienności. Powtarzalność pewnych gestów i zwyczajów przynosi też poczucie bezpieczeństwa. Tradycja łączy również pokolenia, ponieważ pozwala budować wspólne wspomnienia związane z tymi samymi zapachami, dźwiękami i obrazami.

Jak dbać o dziedzictwo? Rozmowa i odkrywanie tradycji na nowo

Nie trzeba dziś powtarzać dawnych obrzędów krok po kroku, aby dbać o dziedzictwo. Najważniejsze jest zrozumienie znaczenia dawnych gestów i powodów, dla których były tak ważne. Kiedy rezygnujemy z przymusu kopiowania każdego elementu rytuału, łatwiej skupić się na tym, skąd wzięły się nasze zwyczaje. Wiedza o tym, dlaczego nasi przodkowie z taką obawą traktowali zimę i z jaką nadzieją witali wiosnę, sama w sobie jest już formą szacunku wobec przeszłości. Taka świadomość pomaga podtrzymać pamięć o tradycji pełniej niż mechaniczne powtarzanie czynności, które z czasem mogły utracić swój pierwotny sens.

Najprostszą drogą do podtrzymywania takiej pamięci pozostaje rozmowa. Młodsi mogą pytać o dawne sposoby świętowania, starsi zaś dzielić się wspomnieniami i anegdotami przy okazji rodzinnych spotkań. Z takich opowieści rodzi się nie tylko wiedza o dawnych obrzędach, lecz także uważność na mniejsze zwyczaje obecne w codziennym życiu rodziny. Choć wiele obyczajów łączy nas w szerszej wspólnocie, niemal każdy dom zachowuje także własne drobne tradycje. Może to być pieczenie konkretnego ciasta według rodzinnej receptury, stały porządek niedzielnego obiadu, drobne gesty towarzyszące przeprowadzce czy wspólne spacery w poszukiwaniu pierwszych pąków na drzewach. To również część dziedzictwa, która przetrwa tylko wtedy, gdy będzie obecna w codziennym życiu.

Wiele mogą zrobić także lokalne biblioteki i domy kultury, w których tradycja pozostaje bliska ludziom i nie zamienia się w martwy eksponat. To tam dawne obyczaje mogą zyskiwać nowe formy – choćby podczas warsztatów tworzenia ekologicznych Marzann z naturalnych materiałów albo spotkań poświęconych tradycyjnemu śpiewowi. Dom kultury staje się wtedy miejscem spotkania, rozmowy i wymiany lokalnych historii, które mogą dalej żyć we współczesnej codzienności.

Żywa potrzeba wspólnoty

Marzanna może być widziana jako dawny zwyczaj albo fragment kulturowej pamięci, ale przypomina też o czymś jeszcze: o potrzebie, aby nie przechodzić przez zmianę obojętnie. Zima się kończy, wiosna zaczyna, przyroda rusza do życia – i człowiek od wieków próbuje ten moment jakoś nazwać, zaznaczyć, przeżyć razem z innymi. Raz robi to przez topienie kukły, innym razem przez święto, spotkanie albo wspólne wypatrywanie pierwszych oznak nowej pory roku. Formy się zmieniają, ale sens pozostaje bliski. Sezonowe tradycje przypominają, że wspólnota rodzi się nie tylko z wielkich wydarzeń, lecz także z prostych gestów powtarzanych w odpowiednim momencie.

 

Źródła:

 

Autor: J.W.

 

Wadowickie Centrum Kultury © 2026. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Polityka prywatności 

Deklaracja dostępności serwisu wck.wadowice.pl

Wadowickie Środowisko Artystyczne 2020

Dziękujemy za przesłane zgłoszenie.

Po jego sprawdzeniu skontaktujemy się z Państwem